Reklama

 

I kto by się domyślił, że mowa o naszym południowym sąsiedzie. Czechy, bo to o nie się rozchodzi, często kojarzymy tylko z Krecikiem, piwem i Pragą. A jednak ostatnie dni pokazują, że czerpiemy od naszych słowiańskich braci "nieco" więcej.

NFZ otwiera granice

Od połowy listopada obowiązują przepisy tzw. ustawy transgranicznej, która pozwala nam leczyć się we wszystkich krajach Unii na koszt Funduszu. Już kilka dni przed wejściem w życie nowych przepisów urząd zasypały wnioski o łącznej wartości refundacji leczenia wynoszącej 2 mln zł. Wszystko wydaje się logiczne, skoro w Polsce na wiele zabiegów, albo co gorsza samych badań, w ramach darmowej opieki zdrowotnej musimy czekać nawet 3 lata! A za leczenie za granicą Fundusz w ciągu 180 dni od przedstawienia stosownych dokumentów (w tym rachunku za leczenie) oddaje kwotę nie większą niż wynoszą koszta takiego samego leczenia w kraju. Tak więc przeciętny Kowalski szybko sobie wykalkulował - skoro w Czechach prywatnie wykonany zabieg, na który czekać trzeba najwyżej miesiąc kosztuje mniej niż najtańsza wersja państwowa, to czemu nie wybrać się na wycieczkę? Największe żniwo zbierają kliniki okulistyczne. Przykładowo na operację zaćmy w Polsce trzeba wydać minimum 3000 zł (w zależności od metody), w Czechach jest to koszt ok. 1700 zł. Więc za tę samą kwotę możemy odbyć leczenie w krótszym czasie i nowocześniejszej technologii. Według danych już przed wprowadzeniem nowych przepisów wielu Polaków leczyło się u czeskich lekarzy. Jednak w ciągu ostatniego tygodnia liczba tych pacjentów wzrosła o 25%. NFZ szybko ubezpieczyło się na wypadek, gdyby popularność takiej praktyki była zbyt duża i wyłączył z refundacji szereg możliwości tj. większość procedur wielodniowych (uznawane tylko są tylko jednodniowe leczenia) czy zabiegu z dziedzin niezbyt obleganych przez nas w kraju.

Skąd ten fenomen?

Trzeba jednak przyznać, że Polacy nie skorzystają w tak dużych ilościach z leczenia u naszych innych sąsiadów. Uśredniając koszty leczenia w Polsce są dalej znacznie niższe niż na zachodzie Europy, więc pacjent musiałby sporo dopłacić z własnej kieszeni. Czechy jednak okazały się dla nas (szczególnie dla mieszkańców Śląska i Małopolski, którzy najliczniej praktykują leczenie za granicą) doskonałym oraz prostym wyjściem z wieloletniego czekania w kolejce po najprostszy zabieg.

Ciekawym aspektem jest fakt, iż wydawać by się mogło, że to nasz kraj, ze swoimi cenami, edukacją czy możliwościami, jest dobrym miejscem rozwoju dla naszych południowych sąsiadów (tak jak dla Ukraińców). Jednak Czechy, również będące w grupie państw post-komunistycznych i także odczuwające skutki kryzysu gospodarczego, wychodzą z roku na rok z lepszą sytuacją państwową. Może ich waluta jest znacznie słabsza od naszej (1 korona czeska to ok. 15 gr), ale ogólna gospodarka wydaje się sprawniej pracować. Według Banku Światowego w 2013 roku, PKB na jednego mieszkańca w Republice Czeskiej wynosił prawie 19 tys. dolarów (dając im tym samym 43 pozycję na świecie), w Polsce było to ok. 13,5 tys. dolarów (59 miejsce). Oczywistym jest fakt, iż każda miara ma swoje wady i zalety, jednak według innych badań w 2013 r. Polacy zjedli średnio 75,5 kg mięsa na osobę, a dla porównania Czesi skonsumowali 110 kg (Niemcy 120 kg). Pokazuje to w jakimś stopniu dobrobyt oraz dobrą sytuację tego kraju. Jak więc udało się, że stosunkowo młody kraj (dopiero w 1993 r. stał się znowu autonomicznym państwem) stanął szybko na nogi, utrzymuje dobrą kondycję gospodarczą i na dodatek nikt nie zastanawia się tam, dlaczego Krecik nie nosi spodni. Może nasi politycy też kiedyś na to wpadną.

JAKUB HODOWANY

Zdjęcie: www.czechofil.wordpress.com

Państwo: 
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisując ciąg znaków z obrazka udowodnij że nie jesteś botem.