Reklama

Rząd przyjął nowelizację ustawy o wynagrodzeniach przygotowaną przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Najważniejszą zmianą, jaka wejdzie w życie już z początkiem przyszłego roku, jest zapis o stawce minimalnej dla zatrudnionych na umowie cywilnoprawnej oraz samozatrudnionych, która ma wynosić dwanaście złotych brutto za godzinę pracy. Wprowadza to jednocześnie wymóg ewidencjonowania czasu pracy w przypadku tego rodzaju form współpracy dla pracodawców. Przy okazji zarządzono, że wypłata wynagrodzenia ma odbywać się co najmniej raz w miesiącu. Aby wyegzekwować wprowadzane pomysły w życie ustalono też zakres grzywien za niestosowanie się do nowego ustawodawstwa, wynoszący od tysiąca do trzydziestu tysięcy złotych. Kontrolowaniem pracodawców zajmie się oczywiście Państwowa Inspekcja Pracy.

Na chwilę obecną minimalne wynagrodzenie z tytułu umowy o pracę wynosi 1850 złotych brutto. Przy założeniu, że zleceniobiorcy wypracowują ilość godzin podobną do ilości godzin pracowników etatowych, można stwierdzić, że etat odchodzi do lamusa. Proste mnożenie nowej stawki godzinowej i średniej ilości godzin, jaką mają obowiązek wypracować pracownicy, potwierdza, że umowa cywilnoprawna jest korzystniejsza o około dwieście złotych. Rząd zakłada, że pracodawcy pójdą po rozum do głowy i masowo odchodzić będą od umowy–zlecenia na korzyść umowy o pracę, ponieważ będzie to dla nich tańsze. Ponownie pojawia się tu mit umowy o pracę jako najstabilniejszej formy zatrudnienia. Rząd nadal stara się go pielęgnować bez głębszej refleksji nad samym zagadnieniem. Wmawianie pracownikom, że jeśli pracują na umowie o pracę, to nie stracą tejże pracy jest co najmniej naiwne w swym zakresie. Nie zmienią tego także obostrzenia w stosowaniu terminowych umów o pracę i ich ilości możliwych do zawarcia, bez idealistycznej umowy o pracę na czas nieokreślony. Zmiany te weszły w życie z początkiem bieżącego roku.

Słabym elementem propozycji rządu jest niejasne założenie, że wszyscy czynni zawodowo chcą zatrudnienia na umowę o pracę i to najlepiej na czas nieokreślony. Może przed kolejną kampanią wyborczą taki punkt widzenia wydaje się zasadny, lecz rynek pracy rządzi się swymi prawami. Może to być zaskakujące dla czytelników, ale nie wszyscy chcą pracować na umowę o pracę. O tym, że nie każdy chce w ogóle pracować już nie wspomnę. Znaczna część czynnych obecnie zawodowo pracowników zalicza się do tak zwanego pokolenia X, Y lub Z. Socjologowie zjedli na tej materii zęby, ale dla pracodawców oznacza to nic innego niż dostosowywanie się do elastycznych form zatrudnienia, jakich żądają od nich potencjalni pracownicy. Ponadto nie wszyscy chcą pracować na etacie, ponieważ nie dysponują wystarczającą ilością czasu na taką pracę. Najbardziej dobrym przykładem są tu studenci, ale również osoby wychowujące małe dzieci. Etat wymaga stawiania się do pracy w określonych godzinach, na co nie mogą się zgodzić.

Pesymiści w postaci organizacji zrzeszających pracodawców na wieść o zmianach jednym głosem oznajmili, że spowodują one rozszerzenie się szarej strefy. Jest w tym nieco prawdy - dla firm działających na granicy rentowności, nawet mały wzrost kosztów oznaczać może upadek. Jednak pracodawcy, w mojej ocenie, także kierują się stereotypami. Mając na uwadze stopę bezrobocia i pojawiające się zewsząd ogłoszenia w sprawie pracy, zakładam, że potencjalni pracownicy niekoniecznie muszą zatrudniać się na głodowe stawki pracując na czarno, aby uratować swą firmę. Niepopularnym scenariuszem jest emigracja zarobkowa, ale znacznie łatwiej jest dziś pozostać w kraju.

Wprowadzenie minimalnej stawki z tytułu umowy–zlecenia ma chronić najmniej zarabiających. W dużej mierze pomysł trafia jednak w próżnię. Jeśli pracodawcy uznają, że koszt pracy jest dla nich za wysoki w naszym kraju, w dość krótkiej perspektywie przeniosą miejsca pracy do innego kraju, licząc przy okazji na przychylność tamtejszej administracji w materii podatków na kolejne kilkadziesiąt lat. Wspominałem już o pesymizmie, pora do tego powrócić. Umowa–zlecenie nie zawsze oznacza z góry mniejszą stawkę niż umowa o pracę. Jeśli mamy do czynienia z akordowym systemem wynagrodzeń, wówczas często okazuje się, że dochody zleceniobiorców przewyższają wynagrodzenia pracowników i co ważne - plasują się znacznie powyżej wspominanych dwunastu złotych na godzinę. Wyznaczanie dochodów pracowników, czy też zleceniobiorców za pomocą ustaw, to nie najlepszy pomysł. Przypomina to myślenie życzeniowe. W kraju uznawanym za najbardziej rozwinięty na świecie, czyli w Stanach Zjednoczonych nie istnieje pojęcie wynagrodzenia minimalnego w skali miesiąca, ale tylko pojęcie stawki godzinowej za wykonywaną pracę. Potwierdza to hipotezę o gospodarce, które jest w stanie sama się rozwijać, bez zacnych i trafnych pomysłów kolejnych rządów.

Zbigniew Wolski

Źródła: http://praca.interia.pl/news-od-2017-roku-12-zl-brutto-za-godzine-pracy-na-umowe-zlecenie,nId,2211379

http://biznes.newsweek.pl/od-2017-roku-12-zl-brutto-za-godzine-pracy-na-umowe-zlecenie,artykuly,386576,1.html

www.gorzowpzd.pl https://encrypted-tbn0.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcRhaYTpCR__NrDDwtMNfJ7KXRusZbFj-W0W_g6kyBoPtG7l91Ax

Państwo: 
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisując ciąg znaków z obrazka udowodnij że nie jesteś botem.