Reklama

 

Apokalipsa w najnowszym filmie Davida Michȏda nie krzyczy do widza z ekranu. Plenery przypominają co prawda widoki z Mad Maxa czy Drogi Hillcoata, ale wydają się mimo wszystko bardziej swojskie. Omija nas brutalna deformacja przestrzeni, jednak tym, co niewątpliwie uderza mocno jest wszechogarniająca pustka. Widoczny w dali horyzont naciera na bohaterów, ale realne zagrożenie dopiero zaczyna się kształtować i ujawniać swoją prawdziwą naturę.

W The Rover mamy więc do czynienia z apokalipsą w stanie embrionalnym. Takie stwierdzenie pozwala wygodnie wrzucić film do worka z innymi ,,postapokaliptycznymi'' thrillerami i odhaczyć jego klasyfikację gatunkową. Z drugiej strony, daje okazję do przyjrzenia się, jak owa embrionalność objawia się na poziomie świata przedstawionego. Trudno stwierdzić co wydarzyło się z prezentowaną tutaj krainą. Jedyną wskazówką, daną nam bezpośrednio przez reżysera na początku filmu, okazuje się enigmatyczny napis mówiący o kryzysie, który ją nawiedził. To niewiele. Australijskie pejzaże są wypełnione pustą przestrzenią, pozbawione ludzi i zabudowań. Brak tutaj jednak wszechogarniającego brudu oraz stęchlizny, które oblepiały inne filmy o podobnej tematyce. Reżyser kreuje więc świat upchanymi powietrzem kadrami i wymęczonymi twarzami aktorów. To oni wśród tej ascetycznej scenografii niosą ciężar opowieści oraz budują jej rzeczywistość.

Jeśli już o opowieści mowa, to jest ona wyjątkowa prosta, w zasadzie pretekstowa. Główny bohater - Eric (Guy Pearce) - za wszelką cenę stara się odzyskać skradziony mu przez kilku rzezimieszków samochód. Pomaga mu w tym brat jednego ze sprawców (Robert Pattinson), który jako jedyny zna miejsce, w którym jego krewniak może ukrywać swój łup. W toku opowiadanej historii bohaterowie ścierają się ze sobą i ,,docierają się'' wzajemnie. Ich wspólna wyprawa znajduje kres we krwi oraz przemocy.

Na poziomie scenariusza mamy do czynienia z  konstrukcją rodem z  kina drogi. Dobrze, że główny duet aktorski skutecznie wprowadza do historii sporą dozę dramatyzmu. Ponure, przygarbione sylwetki i zmęczone twarze głównych bohaterów skutecznie kreują rzeczywistość, która została boleśnie doświadczona. Guy Pearce jest bardzo wiarygodny w swoim milczeniu, jednak tym, co zaskakuje tutaj najmocniej jest to jak przekonujący w swoim rozedrganiu okazuje się Robert Pattinson. Aktor w roli lekko upośledzonego, skrzywdzonego chłopaka, który jest zmuszony twardo stąpać po ziemi i stawiać opór zagrożeniu, robi duże wrażenie. Solidna kreacja pozwala budzić nadzieje co do jego rzeczywistego talentu.

W ostatniej scenie jeden z bohaterów kopie grób. Obraz zostaje w pamięci na długo. Jego kontekst jest równie niejasny jak to, co stało się z pustą przestrzenią, którą przemierzają wynędzniałe, ludzkie figury. W głowie dźwięczy pytanie, ile potrzeba, aby doprowadzić świat do wytrzebienia z niego wszystkiego, ludzi, kształtów, gestów, min, słów? Być może wiele? Być może zaskakująco mało?

Adrian Jankowski

Zdjęcie: http://theroverfilm.com/

Państwo: 
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisując ciąg znaków z obrazka udowodnij że nie jesteś botem.