Reklama

 

Chociaż tytuł recenzji sugeruje bergmanowską psychodramę, Fincher po raz kolejny prezentuje stylowy, trzymający w napięciu, thriller. Techniczna doskonałość filmu idzie w parze z dość złożoną i skomplikowaną historią małżeńskiego pożycia, które odbiega od tego, co zwykle możemy obserwować w filmach o kryzysie w związku.

Streszczanie „Zaginionej dziewczyny” przypomina spacer po polu minowym. Wystarczy powiedzieć, że mniej więcej w połowie filmu historia całkowicie zmienia swój charakter, oferując widzom zupełnie nowe wrażenia, a można wyobrazić sobie o jaki typ opowieści chodzi. Nie sposób wspomnieć o szczegółach, nie ryzykując zepsucia przyjemności płynącej z seansu osobom, które filmu jeszcze nie widziały. W telegraficznym skrócie więc jest to historia męża (Ben Affleck) poszukującego swojej zaginionej żony (Rosamund Pike), która pewnego ranka w tajemniczych okolicznościach po prostu znika z domu, zostawiając za sobą morze podejrzeń. Prowadzone w związku z tymi wydarzeniami śledztwo oraz medialna nagonka na rodzinę zaginionej, jaka rozpętuje się w ciągu kilku dni, staje się, przynajmniej do pewnego momentu, głównym tematem filmu.

Miłośnicy Finchera – wywrotowca, który lubi postawić na nagły zwrot akcji wywołujący u widza poczucie dezorientacji i oszołomienia, powinni być zadowoleni. W scenariuszu autorstwa Gillian Flynn (również autorki powieściowego pierwowzoru) możemy znaleźć przynajmniej kilka zaskakujących wolt, które z pewnością staną się zaczątkiem gorącej dyskusji następującej zaraz po seansie. W parze z dość efekciarską historią idzie jednak surowość reżyserskiej formy. Mówi się, że „Zaginiona dziewczyna” to jedno z najbardziej minimalistycznych dzieł Finchera. Brak tutaj szarżującej kamery, która wnika w miejsca zazwyczaj dla widza niedostępne, czy scen zaaranżowanych w wyjątkowo wymyślny sposób. Film opiera się w dużej mierze na dialogu. Filmowa asceza w żadnym wypadku nie może być jednak odbierana jako zarzut, ponieważ w parze z nią idzie platońska doskonałość reżyserii i montażu.

Budzi podziw konsekwencja i czytelność, jaka wyłania się z tego, stosunkowo skomplikowanego, materiału. Montaż robi naprawdę duże wrażenie – wątki płynnie zmierzają do kulminacji (niejednej) i przeplatają się w efektowny sposób. Aktorzy (tym razem nie ci z najwyższej półki) również spisują się wzorowo, mimo to trzeba przyznać, że z pewnością brak tutaj oszałamiających kreacji (choć Rosamund Pike potrafi być hipnotyzująca). Trzeba jednak zauważyć, że prawdopodobnie niewielu jest reżyserów, którzy potrafiliby zaangażować do filmu takiego aktora jak Tyler Perry i sprawić, żeby stworzył on na ekranie solidną i pełnokrwistą postać, tak jak dzieje się to właśnie tutaj. Tym większe brawa dla reżysera.

Czym jeszcze okazuje się być najnowszy film Finchera? W jakimś stopniu obrazem współczesnych mediów, dość interesującym, choć niewystrzegającym przesady i przerysowania. Patrząc na film pod innym kątem, dojdziemy do wniosku, że to sensacyjna wiwisekcja małżeństwa, które w pewnym momencie okazuje się być czymś zupełnie innym, niż miało być na początku. To nie psychologiczny dramat wielkich aktorskich monologów i wewnętrznego bólu lejącego się z ekranu. To ponura, acz niepozbawiona humorystycznych akcentów, kryminalna historia, wyreżyserowana przez współczesnego mistrza ekranowych thrillerów. Surowa i pozbawiona nadmiernego efekciarstwa.

Jest w filmie jedna, ociekająca brutalnością scena, za inscenizację której należą się Fincherowi wszystkie tegoroczne nagrody za reżyserię. To wisienka na torcie, utwierdzająca w przekonaniu, że trudno dziś o równej klasy fachowca w prezentowaniu tego typu opowieści. Warto czekać więc na następne. Oby jak najkrócej.

Adrian Jankowski

Fot. Twentieth Century Fox Film Corporation

Państwo: 
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisując ciąg znaków z obrazka udowodnij że nie jesteś botem.
1 + 6 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.

r e k l a m a