Reklama

Fot.: http://www.markschultz.com/foxcatcher/

Specyficzna odmiana tzw. kina sportowego, od lat karmi widzów wariantami podobnej historii. Bennett Miller realizując swoją najnowszą fabułę, daje możliwość przyjrzenia się jej właśnie przez pryzmat tego typu produkcji. W końcu na niewielki, jak do tej pory, dorobek reżysera składają się w większości właśnie filmy opowiadające o ludziach sportu. Patrząc jednak na te obrazy niełatwo je scharakteryzować stosując proste pojęcia i opozycje.

O ile Moneyball był filmem, który można by jeszcze postawić obok Męskiej Gry Olivera Stone'a, tak najnowszy Foxcatcher rezygnuje z uogólnień i przesuwa zainteresowanie ze zbiorowości i środowiska na jednostki. To właśnie postaci i relacje między nimi stanowią fundament obrazu. To, że główni bohaterowie są zapaśnikami, finansowanymi przez filantropa – fanatyka tego sportu, wydaje się nie mieć większego znaczenia.  Zapasy odbywają się tutaj nie na sali gimnastycznej, ale w bogato urządzonych pokojach wielkich rezydencji, hotelowych pokojach i zaśnieżonych przestrzeniach wśród, których giną niewielkie, ubrane w dresy, ludzkie figury. 

 Widzowie, którzy znają historię braci Schultzów, od pierwszych kadrów będą wiedzieli dokąd zmierza cała opowieść, co na pewno rzuci na nią nieco inne światło. Ci, dla których finałowe wydarzenia będą zaskoczeniem, mogą liczyć na znakomity thriller. Zimne, surowe zdjęcia Greiga Frasera sprawiają, że ośrodek Foxcatcher – sponsorowane przez, cierpiącego na nadmiar pieniędzy i niedobór matczynej miłości, Johna du Pont, centrum treningowe dla zapaśników – nabiera wyjątkowo złowieszczej aury. Operując niskim kontrastem i maksymalnie ,,wychładzając'' paletę widocznych na ekranie kolorów, autor zdjęć pozwala poczuć panujący na salach treningowych chłód i obcość. Tak samo prezentują się wnętrza domu filantropa, który w interesującej kreacji Steve'a Carella staje się charakterem skomplikowanym i nie podlegającym jednoznacznym osądom. Zimno milionera i jego salonów tworzą wyjątkowo niewygodną, wręcz niezręczną atmosferę. Trudno tutaj poczuć ducha budującej, sportowej rywalizacji. Wiadomo, że owa ,,dziwność'' sytuacji buduje napięcie, które prędzej czy później będzie musiało znaleźć swoje ujście.

Scenarzyści oparli trzon historii na dwóch rodzinnych relacjach, które w toku wydarzeń, niejako zmieniają położenie względem siebie. Pierwszą z nich jest oczywiście relacja braterska – Marka i Davida Schultzów, która przechodzi długą drogę od wzajemnej życzliwości, przez wrogość, aż do prawdziwego braterskiego pojednania. Drugą parę postaci stanowi John du Pont i jego matka. Tutaj mamy do czynienia raczej z jazdą po równi pochyłej. O ile na początku możemy jedynie podejrzewać pewne niuanse, które mogą dzielić matkę i jej pierworodnego, tak pod koniec wiemy już, że wzajemne oddziaływanie na siebie tej dwójki, najprawdopodobniej trwale okaleczyło jedną ze stron. Zanim ktokolwiek zda sobie jednak z tego sprawę będzie już za późno, aby zapobiec tragedii. Jest w filmie scena, która chwyta za gardło i daje nam najwięcej informacji o tym co dzieje się między tą dwójką. Podczas prowadzonego przez Johna treningu, matka pojawia się nagle na sali. Stara, niedołężna kobieta przygląda się wysiłkom jakie podejmuje jej syn, jednocześnie uważając zapasy za sport barbarzyński i niegodny tego, aby zajmował się nim ktokolwiek z jej rodu. W tej konkretnej scenie postaci nie zamieniają ze sobą ani jednego słowa, ale jako widzowie otrzymujemy o nich więcej informacji, niż chociażby z wcześniejszej, długiej sceny dialogowej.

Mogłoby się wydawać, że Foxcatcher to opowieść o ludzkich dramatach ubrana w sportowe szaty. Jego duża siła leży jednak w niejednoznaczności. W ostatniej scenie główny bohater grany przez Chaninga Tatum, którego twarz przez cały film pozostaje nieprzenikniona, wychodzi na ring reprezentując swój kraj, a tłum skanduje głośno: USA! To ostatnie słowa jakie słyszymy w filmie. Gdzieś powiewa flaga, zapaśnik wchodzi do klatki. Polała się krew, a reżyser okazał się nie tylko wnikliwym psychologiem, ale też biegłym komentatorem rzeczywistości. Bo tak samo jak o emocjonalnych kalekach opowiada o kraju, który wydał je na świat. John du Pont pragnie laurów, aby udowodnić coś matce, ale w rozmowach z zapaśnikami częściej podkreśla chwałę, którą powinni oni przynosić Ameryce. Rodzicielce okrutnej i bezwzględnie egzekwującej, której może nie wystarczyć nawet rząd ustawionych na półce, złotych pucharów. Zawsze będzie prosiła o więcej.

Adrian Jankowski

 

Państwo: 
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisując ciąg znaków z obrazka udowodnij że nie jesteś botem.