Reklama

 

Jeśli zastanawia cię, jak mieszkańcy lodowej krainy żyją, co piją, ile i dlaczego, skąd tak wiele działających przedszkoli, jak wykarmić niedźwiedzia czy oprawić renifera, które części są najpyszniejsze, jak przyrządzić naleśniki na bazie krwi, uwędzić język, jak stać się instruktorem fitness, nauczyć języka norweskiego... To trafiłeś na właściwe źródło.

Ilona Wiśniewska, autorka reportażu pt. "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen" zamieszkuje Spitsbergen od 2010 roku, stąd niezwykła znajomość faktów, które dzieją się na lodowym archipelagu, wtajemniczenie w najbardziej zaciszne i niedostępne miejsca. A filologiczne wykształcenie autorki i doświadczenie pisania dla "Polityki" sprawiają, że reportaże czyta się szybko i przyjemnie.

W reportażach autorka opisała codzienne życie osadników i mieszkańców Dalekiej Północy, mieszankę charakterów i upodobań ludzkich, dziką przyrodę, ciemne dni i bardzo zimne zimy, jasne i zimne lata, zmagania z mrozem. Każdy z żyjących na lodowym archipelagu dłużej lub krócej osób pochodzi z innego zakątka ziemi, reprezentuje inną kulturę, pojmuje cały świat. To historia Galiny, która przeżyła kilka godzin w lodowatym morzu w fiordzie północnych wiatrów. A wydaje się to niemożliwe dla organizmu. To wysoka, silna Katja, która urodziła troje dzieci i w planach ma czwarte. Nadaje im specyficzne imiona Odin, Thore, bo chce by byli silni i odważni, tak jak ona sama. Ze względu na własne zainteresowania przebywa tu z całą swoją rodziną. To Szohrat, który pracuje tu na wszelkie możliwe zmiany, żeby zarobić na mieszkanie dla rodziców i na dom dla siebie i żony na Syberii. Prowadzi cykliczne głodówki, je raz dziennie surowe warzywa i owoce, i czuje się jak młody bóg. Polacy Leszek i Adam, którzy pracują przy budowie i wykańczaniu domów, od czasu do czasu pomagają w oprawianiu renifera, próbowali nawet polować na pardwy. Harald- całoroczny myśliwy, samotnik, mikrobiolog z Bergen, mieszka tu na stałe, na lądzie był zaledwie kilka razy, zaopatruje innych w mięso z reniferów i ptaków. Najlepiej smakuje mu tylna część oka renifera, "policzki i oczy to delikatesy". Nadpleśniałe części mięsa myje, zasala i zjada. W domku myśliwskim ma sypialnię i saunę (koledzy śmieją się, że po to, żeby móc oglądać nagie dziewczyny, jeśliby się jakieś napatoczyły)... Nie lubi kiedy ktoś rozbija się na jego posiadłości, albo zakłóca życie przyjazdem. To także krótka historia niezwykłego człowieka Wojtka Moskala, którego "lubi się od pierwszego wejrzenia". Pracuje w Instytucie Oceanologii PAN w Sopocie, a każde lato spędza tu na Spitsbergenie jako pomocnik od logistyki.

Osadników jest tu około 2.5 tysiąca, a niedźwiedzi pół tysiąca więcej. Do tego renifery, psy, lisy polarne, foki, morsy wieloryby, pardwy, fulmary, nurzyki, gęsi krótkodziobe. Co prawda wprowadzono już zakaz "arktycznego safari", na które przybywali bogaci Amerykanie i strzelali do bezbronnych niedźwiedzi, żeby zrobić zdjęcie i mieć trofeum. Dziś niedźwiedzie zabijane są wtedy, kiedy zagrażają życiu człowieka, a trzeba wiedzieć, że są ciekawskie i czasem zaglądają do miast i wiosek. Co roku dla przedszkolaków organizowany jest pokaz polowania na renifera, „a zabite zwierzę przywozi się na plac zabaw, gdzie ojcowie oprawiają je na oczach dzieci. Niektóre patrzą z obrzydzeniem, inne biegają w koło, wymachując odciętymi kopytami. Jedne kroją ścięgna jak należy, inne zatykają nosy, bo im martwy renifer pachnie, jakby ktoś puścił bąka". Ze skór fok szyje się buty, kamizelki, kapcie, torby, ochraniacze na taborety i krzesła, serwetki na stoły.

Bywają takie tygodnie np. w lipcu, kiedy tundra jest zielona, „kwitnie malutkimi kwiatami, mchem i kudłatą trawą". W połowie września pada pierwszy śnieg, który nie zniknie, aż do czerwca. „Białe staje się ciałem. Przyszła zima. A z nią cisza. Za miesiąc będzie już zupełnie ciemno". Sama ciemność oczywiście nie jest problemem dla przebywających tutaj, ale samotność w ciemności już tak. Zmysły wariują. Zmęczenie i znużenie brakiem horyzontu doskwiera coraz mocniej. W pewnym momencie zaczyna się „permamentne wkurwienie nie wiadomo na co". Czasem nie można odnaleźć właściwego domu, drogi, wydaje się, że ktoś jest w twoim domu.

W Longyearbyen jest 423 obcokrajowców z 44 krajów. Są więc: Tajowie, Szwedzi, Rosjanie, Duńczycy, Niemcy, Chorwaci, Filipińczycy, Chilijczycy. Są pojedyncze osoby z Argentyny, Australii, Azerbejdżanu, Botswany, Indii, Kolumbii, Malezji, Meksyku, Syrii, Tunezji, Urugwaju, Węgrzech, Szwajcarii. Nie można tu planowo urodzić się lub umrzeć. Nie ma sali porodowej ani czynnego cmentarza. Kobiety na kilka tygodni przed porodem muszą stawić się na ląd, a zwłoki zmarłych też odsyłane są na stały ląd, bo trumien w ziemi nie chowa się.

Daleko na północy mieszkańcy świętują to, co wynieśli ze swoich kultur, np. Oktoberfest (głośne i radosne), Dark Season Blues, festiwal jazzowy (na którym bawią się wszyscy niezależnie od wieku, piwo leje się strumieniami, dorośli i dzieci tańczą w wężykach), Boże Narodzenie (ciche, bo wielu wyjeżdża do swoich rodzin, spokojne, ciemne i bezpieczne, z wielkim księżycem na niebie), ale wszystkich łączy jedno tutejsze święto - wschód pierwszego słońca wyczekiwany przez tak wiele miesięcy. To miejsce i klimat, w którym chce się i zostać i uciec jednocześnie. Ale nie ma jak, bo droga zwykle kończy się tuż za zabudowaniami. Na nic zda się kilka samochodów, autobus, skutery śnieżne..., no może helikopter?

"Spitsbergen to największa wyspa archipelagu Svalbad, w 61% pokrywa ją lód. Do bieguna północnego jest stąd około 1300 kilometrów." Na dzikiej wyspie jest w zasadzie wszystko, co potrzebne do życia. Dzika nieskażona natura na wyciągnięcie ręki, podatek dochodowy 15,8%, uniwersytet, Globalny Bank Nasion, chór, zajęcia aerobiku, galeria sztuki, grupa cyrkowa, coca cola, owoce, warzywa pakowane próżniowo. Ale ten mróz, ciemność przez większą część roku, zakaz posiadania kotów, brak roślinności, europaleta zamiast ławki do siedzenia, wszystko to sprawia, że trudno wytrzymać tu długo, i zdarza się to naprawdę pojedynczym osobom. Zwykle każdy przyjeżdża i odjeżdża. Społeczeństwo jest młode, bo to nie jest miejsce dla starszych. Niektórzy są w stanie wyhodować na parapecie pod lampą pomidorki koktajlowe czy miętę.

Turyści, którzy tu przypływają na statkach wycieczkowych z podziwem patrzą na domki poustawiane jak na grze planszowej, zaglądają do domków, bo nie wierzą, że są prawdziwe i ktoś może je rzeczywiście zamieszkiwać, „naturalnie oczekują czegoś innego, niż to, co zastają". Tylko jak tu zrobić kupę? Na szczęście są plastikowe woreczki Cinderella, które najpierw pożerają kupę, a potem ją spopielają.

Autorka książki informuje czytelników, że każdy może zdobyć pobliski biegun północny. W zależności od pokonywanego dystansu koszt wyprawy to kilkanaście do kilkudziesięciu tysięcy euro. Zainteresowani, oprócz wytrawnych polarników, są zwyklejsi podróżnicy, filmowcy i pojedyncze nikomu nieznane osoby. Słońce na biegunie jest bardzo nisko, „tak nisko, że jakby iść, to można by do niego dojść". W lód wbity jest słup z informacją ile wynosi dystans do wybranych miejsc. Ludzie, którzy go zdobywają łapią się za ręce, jakby okrążali Ziemię. Dostają grzane wino i kiełbaski...

Bożena Bogdańska

Na podstawie reportażu Ilony Wiśniewskiej „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen”, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

Fot. I. Wiśniewska, ze strony

http://kultura.gazeta.pl/kultura/1,114528,16397074,_Do_tego_swiata_jednak_troche_trzeba_sie_przystosowac.html, dostęp 23.10.2014.

 

Państwo: 
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisując ciąg znaków z obrazka udowodnij że nie jesteś botem.